Bydgoszcz: fuszerki budowlane na osiedlu domków

redakcja.regiodom, Adam Willma, adam.willma@pomorska.pl
Halina Jaskulska mówi o fuszerkach budowlanychHalina Jaskulska z niepokojem przygląda się ścianie wyrastającej tuż za jej tarasem: – Życie mnie nauczyło, że dom, to przede wszystkim ludzie w sąsiedztwie, a nie działka. A nam na Łubinowej żyje się bardzo dobrze. Boimy się tylko, kto wprowadzi się do domów, w których cała ściana budynku nie ma okien. Chyba nikt o zdrowych zmysłach.
Halina Jaskulska mówi o fuszerkach budowlanychHalina Jaskulska z niepokojem przygląda się ścianie wyrastającej tuż za jej tarasem: – Życie mnie nauczyło, że dom, to przede wszystkim ludzie w sąsiedztwie, a nie działka. A nam na Łubinowej żyje się bardzo dobrze. Boimy się tylko, kto wprowadzi się do domów, w których cała ściana budynku nie ma okien. Chyba nikt o zdrowych zmysłach. Adam Willma
W projektach budowlanych lub podczas ich realizacji coraz częściej pojawiają się błędy, których urzędnicy nie są w stanie (lub nie chcą) dostrzec. Przy ul. Łubinowej w Bydgoszczy dostrzegli sąsiedzi.

Nowe osiedle domów na Czyżkówku sprawia nieco klaustrofobiczne wrażenie. Okazałe bliźniaki po jakieś pół miliona złotych każdy (w stanie deweloperskim) upchnięto na działkach po 230-300 metrów.

Dla inwestora szukającego małej działki

– Całe osiedle adresowane było do klientów, którzy szukają małych działek. Tacy klienci się znaleźli i zaakceptowali tę wielkość – tłumaczy Adam Knothe, prezes firmy Budstol.

– Liczyłam się z tym, że działka będzie mała, ale nie przyszło mi do głowy, że za oknem mogę mieć niekoniecznie to, co widziałam w projekcie – mówi Halina Jaskulska, która zdecydowała się na jeden z domów „W klematisach". – Z początku byłam jednak tak zajęta pilnowaniem robotników, którzy usiłowali zafundować mi kolejne fuszerki, że nie skupiałam się na działce.

Przeczytaj również: Ciechocinek. W mieszkaniu dwojga rencistów nadal ulatnia się czad

Kamień graniczny prawdę powie

Gdy za oknem rósł sąsiedni budynek, pani Irenie, najbliższej sąsiadce odległość między budynkami również wydała się dziwnie mała. Przy tak małych działkach każdy metr wpływa na ukształtowanie przestrzeni, w której będzie żyć.

Gdy pracownicy zaczęli ustawiać ogrodzenie między domami, równo po środku, Jaskulska wezwała geodetę, aby odszukał kamienie graniczne. – Okazało się, że sąsiedni budynek powstaje nie 4 metry od mojej granicy, a 2,8 metra. Zaczęliśmy obliczać i wyszło nam, że na takiej działce planowany budynek nie mógł się zmieścić – Jaskulska podzieliła się wątpliwościami z projektantem, który obejrzał budowę i stwierdził, że zepsuto taki piękny projekt.

Metr nie ma znaczenia

Sprawa trafiła do nadzoru budowlanego, a Budstol dostarczył projekt zamienny, w którym zamiast okna ostatecznie wstawiono luksfery.
– Projekt zamienny został zaakceptowany, bo nie mieliśmy do czynienia z „samowolą", ale „istotnymi odstępstwami od projektu". W tym przypadku sąsiad nie może być uznany za stronę – mówi Zbigniew Sulik, wojewódzki inspektor nadzoru budowlanego. – Takie sytuacje zdarzają się dość często. Wynikają z błędów albo są świadomym działaniem inwestorów.

Przeczytaj również: Odbiór mieszkania z fachowcem

– Nie ma znaczenia, czy budynek został posadowiony 3 czy 4 metry od granicy. Znaczenie ma to, czy posiada normalne okna (przy odległości 4 m), czy takich otworów nie posiada (w przypadku odległości 3 m) – twierdzi prezes Budstolu Adam Knothe.

– Cofnęli fundament i zastosowali inny materiał, żeby budynek zmieścił się chociaż w przepisowych trzech metrach – wspomina Jaskulska. Ale nagle pojawiły się nowe problemy: zażądaliśmy, aby skrócono okap sąsiedniego budynku, żeby śnieg z dachu sąsiadów nie spadał na nasze działki. W dachu sąsiedniego budynku pojawiły się okna, których nie było w pierwotnym projekcie. Gdy zwróciłam na to wszystko uwagę, pan prezes powiedział, że wychodzi ze mnie pieniacz – Jaskulska nie może opanować łez. – Przepraszam, całe życie przepracowałam w branży nieruchomości i nie sądziłam, że zamiast spokoju będę musiała cały czas o coś walczyć na emeryturze.

Za mało inspektorów

Największym wstrząsem był dla sąsiadów z Łubinowej styl pracy inspektorów: – W biurze Powiatowego Inspektora obsługujący nas pracownik powiedział, że Budstol popełnił błąd, bo gdyby wystąpił do ministerstwa, już dawno dostałby zgodę na zmiany projektowe i że nie takie inwestycje zostały wykonane ze złamaniem przepisów (tu wymienił nazwę bydgoskiego hipermarketu). Na koniec poinformował nas, że nadzór budowlany nie ma obowiązku sprawdzania prawidłowości wytyczonych granic i zgodności z planem miejscowym. Uprzedził, że ciężar zebrania dowodów leży na nas – mówi pani Irena. – Kiedy inspektor przyjechał na miejsce i poinformowaliśmy go, że w sąsiednim budynku jest identyczne naruszenie przepisów, zamiast się temu przyjrzeć, powiedział nam, że nie mamy rozszerzać skargi. Ręce opadają.

– Przeprowadziłem z tym pracownikiem rozmowę dyscyplinująca – zapewnia Krzysztof Dudek, inspektor powiatowy. – Mam do dyspozycji 6 inspektorów. Gdybym miał wysyłać swoich inspektorów na odbiór prac budowlanych w przypadku każdego budynku jednorodzinnego, dni roboczych w roku musiałoby być 700, a przecież do tego dochodzą inne inwestycje. Dlatego ustawodawca pozwala dokonać jedynie pisemnego zgłoszenia w przypadku domów jednorodzinnych. Wyjątkiem są te, w których doszło do zmian w projekcie. Jeśli chodzi o Łubinową, to z tego co wiem, błąd popełnił geodeta.

Organ sąsiedzki

– Właściciele nieruchomości często lokują budynki ciasno, na styk, żeby wyszło jak najwięcej działek. My wytyczamy działki zgodnie z projektem, który otrzymujemy i nie mamy potrzeby wnikać, czy jest on zgodny z przepisami, bo to nie nasz problem. Zgodności projektu z przepisami powinien pilnować inwestor i projektant. My robimy dobrze swoją robotę, kasujemy pieniądze i idziemy dalej – mówi Romuald Kosieniak, właściciel firmy geodezyjnej, która dokonywała podziału działek na Łubinowej.

Zdaniem wojewódzkiego inspektora nadzoru budowlanego błędu nie musieli też wyłapać urzędnicy z Urzędu Miasta w Bydgoszczy: – Organ administracji sprawdza jedynie, czy wniosek jest kompletny i zgodny z miejscowym planem.

– To prawda, że najlepszy jest „społeczny" inspektor – sąsiad, który dokładnie wszystko sprawdzi - przyznaje Krzysztof Dudek. – Niestety, często strony usiłują załatwić konflikty między sobą naszymi rękami.

Komentarz eksperta

Czesław Krzyżykowski, ekspert budowlany z Torunia – Jestem coraz bardziej zaniepokojony, przyglądając się nowym inwestycjom. Wskutek braku właściwego nadzoru standardy budowlane bardzo się obniżają. Nawet w latach 90. budowano staranniej. Jeśli nie patrzy się ekipom budowlanym na ręce, możemy z dużym prawdopodobieństwem spodziewać się fuszerek. Ludzie żałują 3 tys. zł na nadzór właścicielski, a później płacą krocie za likwidację usterek. To samo dotyczy nieścisłości projektowych – często budynki są większe niż przewiduje plan, bo właściciel umawia się z murarzem na przesunięcie ściany. I tak nikt tego nie sprawdzi. Bo jeśli nie sprawdzi sąsiad, to rzeczywiście nikt inny najczęściej tego nie zrobi. 

Przez pandemię rośnie liczba samobójstw

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie