W tle protestów i strajków górników toczy się parlamentarna batalia o ograniczenie roli węgla w polskiej energetyce na rzecz zielonej energii, pochodzącej przede wszystkim ze źródeł rozproszonych. Czyli mówiąc najprościej, produkowanej w gospodarstwach domowych.
Rząd robi wszystko, by zmarginalizować rolę gospodarstw domowych. I bynajmniej nie ukrywa dlaczego. Marek Woszczyk, obecnie prezes PGE, w ubiegłym tygodniu w liście przesłanym senatorom pracującym nad poprawkami do ustawy o OZE, wyłuszczył bez ogródek: upowszechnienie przydomowych mikroinstalacji energetycznych to mniejsze o 5 mln ton rocznie zapotrzebowanie na węgiel w Polsce.
Zobacz też: Energia odnawialna z wiatru, słońca i powietrza, czyli jak oszczędzać
Ustępując lobby węglowo-energetycznemu, a pod presją zobowiązań wobec Brukseli stawiającej na zieloną energię, rząd chciałby, by Polacy ostatecznie produkowali energię elektryczną w małych instalacjach, ale wyłącznie na własne potrzeby.
A Polacy, wzorem niemieckich czy brytyjskich właścicieli domów, chcieliby dzięki mikroinstalacjom nie tylko zaoszczędzić na energii, ale i na niej zarabiać. Przy czym nikt nie myśli o kokosach, ale o dorobieniu kilkuset złotych miesięcznie. Z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku wynika, że najbardziej przydomowymi instalacjami energetycznymi są zainteresowane gospodarstwa domowe o dochodach 2,5–4 tys. zł miesięcznie. Co piąta taka osoba gotowa jest zainwestować na zbudowanie mikroinstalacji 10 tys. zł, a to jest rząd wydatku, który trzeba ponieść na panel pozwalający produkować w warunkach domowych energię ze słońca.
Zgodnie z uchwaloną w styczniu ustawą o OZE, nad którą obecnie trwają prace w Senacie, prosumenci mogą liczyć na 10-letnią gwarancję stałych cen energii wyprodukowanej w ten sposób. Przepis ten, który Sejm przyjął jako poprawkę do rządowego projektu ustawy, nie ma akceptacji. Rząd chciałby wykluczyć go z ustawy. Na razie osiągnął tylko tyle, że prace Senatu zostały przedłużone i sprawa wciąż się waży.
Posłowie podjęli zresztą dodatkową próbę wsparcia prosumentów, składając w Sejmie własny projekt nowelizacji prawa energetycznego. Zaproponowali w nim m.in. aby szkoły, szpitale, mali- i mikroprzedsiębiorcy (podmioty, które nie są osobami fizycznymi) mogli sprzedawać energię elektryczną wytworzoną w mikroinstalacji odnawialnych źródeł energii na takich samych zasadach jak osoby fizyczne niebędące przedsiębiorcami (na podstawie ustawy o swobodzie działalności gospodarczej). Ponadto chcieliby podwyższenia ceny sprzedaży energii elektrycznej wytworzonej w mikroinstlacji, by zrównać zasady jej kształtowania z ceną obowiązującą dla pozostałych podmiotów wytwarzających energię elektryczną z OZE w oparciu o prowadzenie działalności gospodarczej. Projektem tym rząd zajął się we wtorek. „Rada Ministrów uważa, że należy odstąpić od prowadzenia prac legislacyjnych nad poselskim projektem nowelizacji prawa energetycznego", napisano w komunikacie po posiedzeniu rządu.
Kontrowersyjna poprawka do ustawy o OZE
Poprawka dająca prosumentom 10-letnią gwarancję ceny energii to wydatek z budżetu państwa w wysokości 350 mln zł. Ale czy wyłącznie wydatek. Energia wytwarzana w mikroinstalacjach w całości jest spożytkowana na miejscu lub w najbliższej okolicy. Tymczasem wskutek przestarzałych sieci przesyłowych w Polsce aż 6-7 proc. produkowanej u nas energii elektrycznej wynoszą straty na jej przesyle, co kosztuje miliardy. I to jest dodatkowy argument na to, że poselska poprawka jest racjonalna; generuje korzyści, a nie wydatki.
