Niechciane lub niebezpieczne sąsiedztwo - jak się przed nim bronić?

Coraz więcej osób wyprowadza się z centrów miast na tereny okolicznych gmin. Inni budują się na terenie peryferyjnych dzielnic polskich metropolii. Większość wyprowadza się, bo szuka spokoju, ciszy i zdrowego powietrza.
  • Każda inwestycja po sąsiedzku powinna wzbudzić naszą czujność

    Sąsiedztwo kurzych ferm to wątpliwa przyjemność dla okolicznych mieszkańców.

    Sławomir Kowalski

Tymczasem spokój wielu osób burzy coraz częściej inwestycja prowadzona po sąsiedzku, która z życia w wymarzonym miejscu potrafi uczynić koszmar. Co robić, gdy okaże się, że tuż pod naszym nosem ma powstać warsztat samochodowy, ruchliwa droga czy kurze fermy?

Oczywiście przed zakupem działki warto poznać plany gminy na najbliższe lata tak, by nie okazało się, że spokojny zakątek za 10 lat będzie sąsiadował z ruchliwym skrzyżowaniem dróg gminnych albo jest terenem przeznaczonym pod market. Nie każdy jednak plany sprawdza, nie wszędzie też plany są opracowane. Co wtedy? Michał Siwak, samorządowiec z gminy Dobrcz (kujawsko-pomorskie), radzi co zrobić, by nie być zaskoczonym przez niechcianą inwestycję. Ma doświadczenie spore, bo w jego gminie pojawił się inwestor, który marzy o zbudowani kurników dla tysięcy kur niosek. Dla mieszkańców, którzy wybudowali domy w spokojnej okolicy to tragedia.

Trzeba zostać stroną w postępowaniu

– Najważniejsze jest to, by szybko ustalić czy jest się stroną w postępowaniu. Jeśli nie, trzeba zrobić wszystko, by taką stroną się stać. Trzeba więc złożyć odpowiedni wniosek w urzędzie miasta (gminy). Dlaczego to takie ważne? Bowiem strona postępowania musi być informowana o wszystkich postępach rozmów z inwestorem, jako kopię otrzymuje też całą korespondencję, która wędruje między urzędami a inwestorem. Zostając stroną zyskuje się kontrolę nad całym procesem, można też wnosić swoje zastrzeżenia, uwagi i wnioski – radzi Michał Siwak.

Warto zobaczyć: Zbudowali dom w cenie mieszkania

– Trzeba zachować czujność i zainteresować się każdym ruchem na leżących blisko własnej działkach. Niestety, niektórzy inwestorzy wykazują się sporym cwaniactwem, choć działają zgodnie z prawem. Zanim przystąpią do inwestycji z własnej działki wydzielają po jej obwodzie inne. Gdy to zrobią okazuje się, że sąsiadują sami z sobą. A to sąsiedzi zostają automatycznie stroną w postępowaniu, więc inwestor jako swój własny sąsiad nie będzie wnosił oczywiście żadnych sprzeciwów. Dlatego wniosek, gdy nie jest się sąsiadem inwestycji, a chce się zostać stroną musi być dobrze uzasadniony – na przykład poprzez wskazanie, że także dalsze działki będą narażone na uciążliwości po zakończeniu budowy. Warto wziąć pod uwagę, że nie mamy ciągle np. ustawy odorowej, przez co ewentualny smród wydobywający się na przykład z kurzych ferm niekoniecznie może być uznany automatycznie za uciążliwy. Kiedyś podobnie było z wiatrakami, ale teraz mamy przepisy, które normują ich odległość od domostw, w których może stanąć takie urządzenie.

Źródło w Biuletynie Informacji Publicznej

– Oczywiście warto zajrzeć do urzędu i sprawdzić czy na dany teren jest uchwalony miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Z jego zapisów wynika, co może powstać na sąsiedniej działce, a co nie. Często jednak w gminach nie ma uchwalonych takich planów, wtedy trzeba ratować się studium, które jest tylko półśrodkiem. Jeśli tak, trzeba dowiedzieć się czy wójt (prezydent) wydał już inwestorowi warunki zabudowy. Może się zdarzyć, że inwestycja dotarła już do tego etapu, a sąsiedzi ciągle nic o niej nie wiedzą – zauważa Michał Siwak.

Dowiedz się: Jak obniżyć koszty budowy domu nie tracąc na jego jakości

Następnym etapem jest wydanie przez starostwo powiatowe, na bazie dokumentów z urzędu gminy zgody na budowę. To ważny etap – jeśli inwestycja uznana zostanie za znacząco oddziałującą na środowisko, trzeba będzie bowiem przeprowadzić konsultacje społeczne. Wtedy oczywiście wszyscy mieszkańcy dowiedzą się o planowanej inwestycji, o ile zajrzą do Biuletynu Informacji Publicznej.

Konsultacje - dobry moment na sprzeciw

– Teraz sytuacja mieszkańców wygląda trochę lepiej, dlatego że inwestor musi złożyć do urzędu raport oddziaływania na środowisko. Obecnie firmy, które je przygotowują odpowiadają za prawdziwość jego treści. Wcześniej z raportami, za które płacił przecież inwestor bywało różnie, zwłaszcza że wiele zapisów nie było w rzeczywistości weryfikowanych. Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska dostały wytyczne, by od początku roku raporty oddziaływania na środowisko weryfikować niezwykle skrupulatnie, a rolą urzędów miast (gmin) jest ścisła współpraca z Sanepidem i RDOŚ, aby mieć pewność, że żadna inwestycja nie zrobi piekła na ziemi ludziom, którzy mieszkają w pobliżu – podkreśla samorządowiec.

Po zakończeniu konsultacji – opinia mieszkańców może być wzięta pod uwagę lub nie – kończy się decyzja o wydaniu pozwolenia na budowę lub odmowy jej wydania. Gdy zgoda zostanie wydana, niezadowolonym mieszkańcom pozostaje już tylko odwołanie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Mieszkańcy niezadowoleni z potencjalnie uciążliwego sąsiedztwa powinni zachować czujność, bo okazać się może, że wokół ich domostw rozpocznie działalność firma, która pogorszy znacznie ich warunki życia. Jeśli administracyjne boje nie przyniosą rezultatów zawsze można spróbować wariantu ostatecznego.

– W mojej gminie mieszkańcy zaskoczeni brakiem transparentności poczynań wójta i faworyzowanie na początkowej fazie tylko inwestora, mając poczucie, że ich sprzeciw- wobec inwestycji w postaci budowy fabryk drobiu obok ich domów pozostaje bez wsparcia, doprowadzili do rozpoczęcia procedury referendalnej w sprawie odwołania wójta i rady gminy – mówi Michał Siwak. 

Autor: Sławomir Bobbe
0komentarzy