Lublin: domy na Osiedlu Nowy Przylądek mają sprawiać przyjemność

Rozmowa z architektem Stanisławem Fiszerem, o projektowaniu Osiedla Nowy Przylądek w Lublinie.
  • Stanisław Fiszer

    Stanisław Fiszer – architekt i urbanista. Członek tytularny Francuskiej Akademii Architektury, Członek Stowarzyszenia Architektów Polskich, Profesor tytularny Szkoły Architektury w Nancy. Jest Komandorem Orderu Państwowego Arts et Letters oraz laureatem Honorowej Nagrody Roku 2000 SARP. Przewodniczący i członek jury wielu międzynarodowych konkursów architektonicznych. Prowadzi pracownie w Paryżu i w Warszawie. Ma na koncie m.in. projekt Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie czy gmach Archiwów Narodowych w Paryżu

    archiwum Stanisława Fiszera

Nowy Przylądek powstaje niemal w ścisłym centrum miasta. W tym rejonie współczesna zabudowa miesza się budynkami z przełomu XIX i XX wieku. Jak udało się wpisać nowy projekt w ten krajobraz?

– Hasłem programowym była tu architektura pejzażowa. Dwóch pejzaży – miejskiego i prywatnego. Dla mnie niezmiernie ważne przy projektowaniu domów na ul. Północnej było uwzględnienie pejzażu miasta. Zaistnienie w nim, w szeregu, w pierzei, zgodnie z zasadą „najmniej zauważalnej różnicy". Z szacunku dla miasta, w którym realizuje się budynek, z szacunku dla istniejącej w mieście architektury, mamy obowiązek przejść prawie niezauważalnie. Nie należy szukać na siłę wyróżników. To wcale nie oznacza odrzucenia dekoracji. W tym projekcie od ulicy mamy i gzyms nad parterem porządkujący fasadę, obramowania okien oraz okładzinę z kamienia. Drugi pejzaż to pejzaż prywatny, wewnątrz osiedla. Wejścia do budynków, klatki schodowe, schody, rozplanowanie przestrzeni mieszkania, okna, balkony, wewnętrzne zielone patio, to wszystko widzi już tylko mieszkaniec. Tu architektura musi się podporządkować, bo tu się mieszka i wypoczywa.

Mimo dość minimalistycznego i bardzo funkcjonalnego podejścia, lubi Pan zaskakiwać...

– Jako architekta zawsze interesowało mnie projektowanie fragmentów budynków nieoczywistych, które gwarantują niespodzianki przy powolnym odczytywaniu. W lubelskiej inwestycji pojawiają się nawiązania do modernizmu, z poziomymi oknami, z oknami narożnymi przywołującymi architekturę lat 30-tych XX wieku. Z oknami okrągłymi, jak na statku, to już za Le Corbusierem, podobnie jak z wykorzystaniem ostatniej kondygnacji na tarasy. To wynika z mojej potrzeby nawet w skromnych ramach dzielenia się wiadomościami o kulturze i historii z przyszłymi mieszkańcami. Bogactwem nawiązań chciałbym zrobić przyjemność tym, którzy wybiorą nasze domy.

Ceni Pan również ręczną pracę. To dziś rzadkość ?

– Tak, interesuje mnie rzemiosło, przyjemność ręcznego rysowania. Koncepcję projektu przy Północnej najpierw wyciąłem z drewna. Makieta powstała więc ręcznie, w pracowni. W ten sposób łatwiej zbadać, jaką grubość ma mieć budynek, pozycje klatek schodowych. Szkicowałem budynki, główną bramę wejściową. Zresztą ta brama, którą wykonać musi na indywidualne zamówienie dobry ślusarz, to mój hołd dla rzemiosła. Pretekst, żeby prawdziwe rzemiosło zachowywać.

Osiedle powstaje na skarpie, z widokiem na Stare Miasto. To trudność czy zaleta przy projektowaniu?

– To jest błogosławieństwo! Owszem pod kątem budowlanym skarpa jest kosztowna, ale pod względem ekspozycji – najbardziej atrakcyjna. Teren pochylony najlepiej pokazuje naszą ludzką pracę. Jeśli chodzi o mieszkańców - to pomnaża się liczba osób z bardzo dobrym widokiem z okien. Tu budynki „schodzą" po skarpie, z balkonami wyciętymi z fasady jak klawisze fortepianu. To wynika ze skali geograficznej, to ona określiła i stworzyła jedyną w swoim rodzaju formę budynków w tym konkretnym miejscu.

Autor: Jacek Szydłowski
0komentarzy