Ekologiczna żywność - jak i gdzie ją kupować. Czy warto jeść eko? Poradnik

Żywność ekologiczna jest dużo droższa od tej bez certyfikatów. Mimo to sięgamy po nią coraz częściej. A może właśnie dlatego, wychodząc z założenia, że jakość musi kosztować. Czy jednak produkty z certyfikatem eko to jedyna szansa na zdrowe, smaczne jedzenie?
  • Żywność ekologiczna

    Lekko nieforemne, o parchatej skórce i bez certyfikatu. Za to kupione od zaufanego działkowicza ze znajomej lokalizacji.

    Joanna Turakiewicz

Eko faktyczne, a bio udawane

Na sklepowych półkach często znaleźć można produkty z bio lub eko w nazwie, które jednak od konwencjonalnych nie różnią się w zasadzie niczym. No może oprócz ceny. I opakowania. Szary papier, odpowiednia nazwa i wyższa cena wystarczą często, by nabrać klienta. Tymczasem w środku produkt nieprzystający jakością, o wątpliwym pochodzeniu. Gwarancją ekologicznej produkcji są odpowiednie oznaczenia instytucji certyfikujących oznaczające, że produkt przeszedł szczegółowe testy.

 

eko logoŻywność produkowana zgodnie z europejskimi normami dla żywności ekologicznej to nie taka, którą producent zapakował w szary papier i opatrzył przedrostkiem eko lub bio w nazwie. Szukaj na opakowaniach jednego z powyższych oznaczeń.

Pójdźmy dalej: czy eko jest zdrowsze?

Testy, jakie co roku przechodzić muszą producenci "ekologiczni" dotyczą metody upraw i hodowli wolnej od wielu chemicznych środków, antybiotyków, hormonów, GMO czy też zawartości składników zakazanych jak konserwanty i inne dodatki. Dzięki certyfikatom potwierdzającym zachowanie wymaganych norm, wiemy, że co najmniej 95 proc. jedzenia w jedzeniu wyprodukowana została metodami ekologicznymi. Czy ktoś jednak porównał wartość żywności certyfikowanej i tej „zwyczajnej"? Otóż tak, już lata temu testy wykonała niemiecka Fundacja Warentest. Przez kilka lat ponad 1200 produktów poddawano testom laboratoryjnym i ocenie sensorycznej. Gdy w 2010 roku opublikowano wyniki, wywołały one nieliche zaskoczenie. Wynik wyszedł mniej więcej podobny dla obu grup produktów. Co więcej, w niektórych grupach produkty „eko" wypadły zdecydowanie słabiej. Dotyczyło to między innymi gotowych dań dla dzieci, które co prawda wolne od substancji szkodliwych, były jednakże znacznie uboższe w witaminę C oraz niezbędny tłuszcz. Słabo w ocenie sensorycznej wypadły oleje. Podobnie wyglądają wyniki badań prowadzonych regularnie na różnych rynkach, w tym w Polsce. Wniosek podstawowy: nie wszystko „eko" jest warte swojej ceny. Na ogół mocno zawyżonej ceny, o czym za chwilę.

Przede wszystkim żywności gotowej warto się przyjrzeć, zanim wrzucimy ją do koszyka. Gotowość zapłacenia więcej za produkty zdrowsze nie oznacza, że mamy dać się naciągać. Co z tego, że kupię ekomusli za 26 zł zamiast siedmiu, jeśli zbożom z upraw ekologicznych towarzyszy cukier w dużej ilości i tani olej palmowy?

Podobnie rzecz się ma ze sprowadzanymi przez pół Europy albo i Świata egzotycznymi warzywami i owocami. Trudno uwierzyć, że dojrzewały na krzaczku i nie potrzebowały chemicznych zabezpieczeń na czas transportu. Może więc zamiast certyfikowanych bananów czy daktyli, kupić lekko parchate polskie jabłko od pobliskiego sadownika?
Również rodzimym produktom warto przyjrzeć się krytycznie, pamiętając, że nad ekokapustą wieje ten sam wiatr i pada ten sam deszcz, co na zwykłą. I choć ekologiczni rolnicy dysponują mniejszą paletą środków ochrony roślin i są one naturalnego pochodzenia, to używa się ich niejednokrotnie zdecydowanie więcej ze względu na niższą skuteczność. A witaminki to to nie są. Co zatem warto kupować z etykietą „bio" i dlaczego?

Ekomięso bez hormonów i antybiotyków

Najwięcej „dobra wszelakiego" znajdziemy w kurczaku. Brojlery hodowane w masowej produkcji bezlitośnie traktowane są hormonami wzrostu i antybiotykami. Częste i długotrwałe spożywanie takiego mięsa może skutkować zachwianiem gospodarki hormonalnej organizmu, co ma szczególne znaczenie w przypadku kobiet i dzieci. Osłabia też naszą odporność. Cóż z tego, że świadomie unikamy antybiotyków w trakcie choroby, gdy kilka razy w tygodniu przyjmujemy dawkę z obiadem?

Ekologiczny kurczak żyje średnio o 50 dni dłużej, niż brojler chowu klatkowego w hodowli konwencjonalnej. Biega po podwórku, dziobie kukurydzę i pszenicę, dostaje nawet posiekaną pokrzywę jako witaminkę, zamiast hormonów wzrostu. Krowa wolnego chowu przez cały dzień skubie trawkę na pastwisku, jako paszę dostaje koniczynę, której spożycie przekłada się na wyższą zawartość cennych kwasów omega-3 w mleku.

Więcej witamin w warzywach i owocach

Nieładne, często o parchatej skórce, różnej wielkości, nieregularnych kształtów, nieraz z robaczkiem. Takie są ekologiczne jabłka, gruszki, marchewki.
Badania wykazały jednak, że te nieurodziwe, parchate i robaczywe owoce i warzywa przeciętnie zawierają więcej witaminy C, a także składników mineralnych i przeciwutleniaczy niż okazy z upraw konwencjonalnych. Nie oznacza to, że nieekologiczne witamin nie mają. Nie dajmy się zwariować – jabłko bez certyfikatu to jednak zawsze jabłko. Choć warto kupować eko jabłka, jeśli jemy je ze skórką, tak jak sałatę, seler naciowy i inne plony, których nie obiera się ze skórki ze względu na to, że niektóre stosowane w rolnictwie konwencjonalnym pestycydy są odporne na działanie deszczu, przez co bardzo trudno je zmyć. Pamiętajmy jednak, że owoce i warzywa pochodzące z upraw konwencjonalnych są regularnie poddawane testom na obecność pestycydów, herbicydów i pozostałości po nawozach sztucznych.
Niezależnie od pochodzenia, dla trwałości witamin i innych składników odżywczych istotny jest sposób przechowywania. Nie wystarczy etykieta „bio", jeśli jabłko leży zbyt długo w ciepłym pomieszczeniu.

Warte zainteresowania są też suszone warzywa i owoce, które nie tylko pochodzą z upraw ekologicznych, ale w wydaniu „eko" nie uszczęśliwią nas dodatkowo dwutlenkiem siarki i sorbinianem potasu.

Ekomleko bogatsze w omega-3

Naukowcy z Uniwersytetu Aberdeen w Niemczech sprawdzili dietę i mleko krów z hodowli konwencjonalnych i porównali z tymi hodowanymi w myśl zasad ekologii. Co się okazało? Mleko szczęśliwszych krów może zawierać niemal o 75 proc. więcej niezbędnych kwasów tłuszczowych omega-3 niż zwykłe mleko, a to ze względu na wyższą zawartość koniczyny w diecie zwierząt hodowanych metodami ekologicznymi.

Certyfikowane na pewno zawsze droższe

Ten fenomen zastanawia nas od dawna: dlaczego żywność ekologiczna jest kilkukrotnie droższa od tej „zwykłej"? Oficjalnie i przy każdej okazji powtarza się te same argumenty: uprawy ekologiczne wymagają większych nakładów pracy, są mniej wydajne, a hodowla zwierząt wiąże się nie tylko z dłuższym procesem produkcji, ale i ryzykiem. Poza tym producenci chcący pochwalić się certyfikatem muszą przejść skomplikowaną, dość kosztowną procedurę i przechodzić coroczne badania przez cały okres posiadania certyfikatu. I wszystko prawda, jednak ceny żywności ekologicznej są na ogół wręcz astronomiczne: nawet 500 proc. wyższe niż żywności produkowanej metodami konwencjonalnymi.

Dla przykładu, w sąsiednich Niemczech za jedzenie z certyfikatem płaci się o 30-60 proc. drożej. Jedynie. Czy naprawdę za kilogram kabanosów z certyfikatem w eko-sieci musimy płacić blisko 100 zł? Tym bardziej, że producent za tę samą wędlinę otrzymuje 40 zł? A korzeń pietruszki po 15 zł za kilogram? To już zakrawa na szaleństwo. Tutaj w grę zaczyna wchodzić moda i określona przez speców od marketingu grupa odbiorców: dobrze, a nawet bardzo dobrze sytuowanych mieszkańców dużych miast, dla których zakupy w modnej sieci to element wizerunku i statusu. Stąd zawyżane sztucznie ceny. Gdzie będzie taniej? W mniejszych sklepikach, często osiedlowych, przynajmniej na tych rynkach, na których występuje większa konkurencja. Jednak i tak drogo. Czy naprawdę nie da się jeść zdrowo za rozsądne pieniądze? Każdy, kogo nie stać na zapłacenie za kurczaka przeszło 30 zł za kilogram, musi być skazany na antybiotykoterapię w bonusie?
Metodą może być kupowanie bezpośrednio od producenta.

Ekologia to też, a może przede wszystkim odpowiedzialność
Ważne jest nie tylko to, co jem dziś. Wspieranie upraw ekologicznych, zrównoważonego rybołówstwa etc. ma znaczenie dla środowiska, w jakim żyjemy my i nasze dzieci, dla mórz, oceanów i warunków, w jakich pracują ludzie w biedniejszych krajach na przeciwległym krańcu świata. Dlatego czasem lepiej kupić żywność z certyfikatem, jako swoistą inwestycję w lepszą przyszłość.

Kupuj lokalnie: zdrowo, smacznie i taniej

W sklepie za mleko, jajka, czy marchew z etykietą bio, zapłacimy kilkukrotnie więcej niż za żywność bez certyfikatów. Co więcej, znakomita większość bio-produktów na naszym rynku, w rolniczym niby kraju, pochodzi z importu, chociażby z Niemiec.Tymczasem u lokalnego rolnika cena może być porównywalna z dyskontową. Za lepszą jakość. I być czasem może warto świadomie zrezygnować z certyfikatu „eko", bo naprawdę można znaleźć wielu rolników, którzy produkują żywność metodami naturalnymi, a przynajmniej do minimum ograniczając stosowanie chemii. Zaryzykuję stwierdzenie, że w pobliżu każdego miasta znajdzie się ich co najmniej kilku. Wielu drobnych wytwórców wykorzystuje tradycyjne metody oparte o naturalne pasze i nawozy. Największe szanse na to mamy w tradycyjnych gospodarstwach o zróżnicowanej, niewielkiej produkcji. Jeśli rolnik oprócz upraw posiada też zwierzęta, istnieje ogromna szansa, że do nawożenia tychże upraw wykorzystuje obornik: krowi, kurzy, gołębi. Z kolei mleko najlepiej kupić od krowy, która zamiast sztuczną paszę, przez cały dzień podgryza trawkę i koniczynę na pastwisku. Cena takiego mleka? Już od ok. 2 zł za litr. I jeszcze można z niego zebrać nawet filiżankę gęstej prawdziwej śmietany.

Znalezienie lokalnego producenta to mnóstwo zalet i jedna zasadnicza wada – przedsięwzięcie niełatwe i pracochłonne. Łatwiej udać się na miejskie targowisko, gdzie najłatwiej znaleźć sprzedających swe plony rolników, a nawet działkowiczów. Jak ich wybrać z tłumu sprzedających? Po pierwsze stawiajmy raczej na tych, którzy sprzedają własne produkty – jeśli w styczniu na stoisku widzimy sałatę i pomidory, lepiej poszukać dalej. Po drugie, zapytajmy o lokalizację – uczciwy sprzedawca nie będzie miał nic do ukrycia i powie w jakim rejonie znajduje się jego gospodarstwo, a nam pozwoli to ocenić, czy nie w sąsiedztwie zakładów przemysłowych lub ruchliwych dróg. Podyskutujmy o metodach upraw. Może się okazać, że wśród znajomych, mamy kogoś, kto kupuje u sprawdzonego dostawcy. Na targu zobaczyć, gdzie są kolejki – to też wartościowa informacja. No i na koniec zrobić zakupy u tego, który ma mniej foremne marchewki, lekko parchate jabłka i jajka różnej wielkości. Takie nieprzemysłowe. 

Autor: Joanna Turakiewicz
1komentarzy
Dodaj komentarz

Komentarze (1)

Polecamy