Fakty i mity o kredycie we frankach. O co chodzi frankowiczom?

Niewiele spraw tak dzieli i tak podzieloną opinię publiczną jak kwestia frankowiczów i ewentualnej pomocy dla nich. Temat kredytobiorców, którzy zadłużyli się w szwajcarskiej walucie wrócił dzięki wyrokowi Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który rozpatrywał skargę polskiego kredytobiorcy.
  • Kredyty frankowe ciągle budzą skrajne emocje

    Sytuacja frankowiczów stała się na tyle trudna, że część z nich wyszła na ulice, by protestować - jak twierdzą - przeciw bezprawiu banków.

    Piotr Smoliński

By zrozumieć, o co chodzi protestującym (i tym, którzy uważają, że państwo nie powinno pomagać frankowiczom), należy sięgnąć pamięcią do czasów, gdy frank szwajcarski kosztował niecałe 2 złote. Tak było jeszcze w połowie 2008 roku. Dziś frank szwajcarski wyceniany jest mniej więcej na 3 złote i 90 groszy. Niski kurs szwajcarskiej waluty spowodował, że wiele osób kupujących na rynku nieruchomości (a był to czas budowlanej hossy) decydowało się na zadłużenie w szwajcarskiej walucie. Trzeba mieć jednak świadomość, że tanie raty kredytu hipotecznego we frankach nie były dostępne dla każdego.

Paradoksalnie, zwykle na zaciągnięcie kredytu w walucie innej niż polski złoty (banki oferowały również kredyty w euro) trzeba było mieć odpowiednio większą zdolność kredytową niż do zaciągnięcia kredytu w polskich złotych. Generalnie można uznać, że na tani kredyt hipoteczny stać było osoby zarabiające lepiej, a na gorszy – czyli wyżej oprocentowany i z wyższymi miesięcznymi ratami kredyt złotowy – osoby w gorszej sytuacji materialnej. Choć były też sytuacje odwrotne, niektórzy nie mieli zdolności kredytowej, by spłacać kredyt w złotówkach, ale dzięki niskiej racie kredytu frankowego, taką zdolność zyskiwali.

Często to sami klienci, chodząc od banku do banku oczekiwali, że otrzymają lepszy kredyt we frankach, a gdy doradca go nie proponował, rezygnowali i szukali „szczęścia" w kolejnym banku. Pomagali im w tym rozmaici pośrednicy, którzy wyliczali korzyści płynące z zaciągnięcia kredytu we frankach (choć nie wspominali, że z tego tytułu mają wyższe prowizje niż te od klientów, którzy pożyczali w złotówkach).

Sfrustrowani złotówkowicze

Frustracja osób zadłużających się w złotówkach była w tamtym czasie potężna. Za kredyt w wysokości 350 tysięcy złotych (w 2008 roku kwota ta wystarczała na zakup domu w wielu dużych miastach) frankowicze płacili miesięczną ratę o kilkaset złotych niższą niż "złotówkowicze". Sytuacja na rynku walutowym zaczęła się jednak powoli zmieniać, nie tylko dlatego, że złoty zaczynał się umacniać. Decydujący cios frankowiczom zadał Szwajcarski Bank Narodowy, który decyzją z tzw. czarnego czwartku (w styczniu 2015) porzucił politykę obrony minimalnego kursu franka szwajcarskiego względem euro.

Frank się umocnił, co spowodowało, że w pewnym momencie płacono za niego ponad 5 złotych. Raty kredytów denominowanych we frankach poszybowały, a kredytobiorcy znaleźli się w fatalnej sytuacji. Role się odwróciły – obecnie osoby, które zaciągały kredyt w złotówach, nie dość, że część kredytu mają już spłaconą, to płacą o kilkaset złotych niższe raty w stosunku do frankowiczów. Ci z kolei nie tylko nie spłacili nawet części swojego zadłużenia, ale je jeszcze powiększyli. Wielu z nich po ponad 10 latach spłacania odsetek i kapitału, mimo że spłacili często większość pierwotnej kwoty kredytu, mają do spłacenia sumy przekraczające wysokość kredytu, który zaciągnęli.

Warto wiedzieć: Czy ustawa antylichwiarska utrudni licytację mieszkania za długi? 

Frankowicze „mają za swoje" – ale czy na pewno?

Zdaniem tych, którzy na początku męczyli się spłatą kredytu w złotach frankowicze "mają za swoje", bo banki zawsze informowały o ryzyku walutowym przy kredycie zaciąganym w obcej walucie. Zauważają, że gdyby frank dalej kosztował w okolicach 2 złotych, żaden frankowicz nie powoływałby się na nieprawidłowości w umowach, tylko cieszył się z niskich rat swojego kredytu, uznając, że zrobił interes życia. Zdaniem wielu frankowiczów z kolei, to banki – używając niedozwolonych klauzul – są winne sytuacji, w której się znaleźli. Sytuacji dodajmy często bez wyjścia – nawet sprzedaż domu czy mieszkania kupionego na kredyt we frankach nie pozwoli spłacić całości zadłużenia. Przewalutowanie kredytu jest co prawda możliwe, ale przy obecnym kursie – w ogóle nieopłacalne.

W kredytach frankowych nie wszystko było oczywiste

Nie da się jednak ukryć, że wiele banków potraktowało kredytobiorców frankowych jak "dojne krowy", a system zabezpieczający konsumentów przed toksycznymi produktami bankowymi był daleki od doskonałości.

Frankowicze podkreślają, że w wielu umowach banki zastrzegły dowolność w kształtowaniu spreadu walutowego. Niektóre zaczynały od 3 procent, ale "po cichu" podniosły go do 6 procent. To również część banków sama ustalała kursy walutowe, w zupełnym oderwaniu od tabel Narodowego Banku Polskiego. Klienci nie mieli świadomości, na jak duże ryzyko decydują się zaciągając kredyt w walucie obcej. Zwróciła na to uwagę chociażby Najwyższa Izba Kontroli, która krytycznie wypowiedziała się o systemie ochrony konsumentów.

Polecamy poradnikJak zwiększyć zdolność kredytową? 10 rad dla starających się o kredyt 

– W efekcie ochrona była niewystarczająca, żeby na wczesnym etapie wyeliminować nieprawidłowości w działaniach banków, szczególnie w okresie najintensywniejszego udzielania tych kredytów w 2008 roku. Co więcej, KNF w Rekomendacji S z 2008 r. podtrzymała zapisy z wcześniejszej Rekomendacji KNB z 2006 r., zalecające bankom przedstawianie kredytobiorcom symulacji wysokości rat kredytu przy założeniu osłabieniu złotego w stosunku do waluty kredytu o 20%. Nie oddawało to rzetelnie skali ryzyka walutowego, jakim były obarczone kredyty zaciągane na okresy wieloletnie, niekiedy przekraczające 30 lat.

Frankowicze zyskali wiatr w żagle po wyroku TSUE, który może dać większe szanse na wygraną w sądowej batalii z bankami. Może, bo dać nie musi. Nie ma bowiem jednego wzorca umowy na kredyt frankowy, jaki podpisywali wszyscy. Banki przez cały czas akcji kredytowej oferowały umowy o różnej treści, zmieniały również regulaminy. Wyrok TSUE jest tylko wytyczną dla polskich sądów, które nadal wydają korzystne, jak i niekorzystne z punktu widzenia frankowiczów wyroki. Wszystko zależeć będzie od tego, czy sądy faktycznie stwierdzą występowanie w umowach klauzul abuzywnych (niedozwolonych) i tego czy uznają, że klauzule miały rzeczywisty wpływ na sytuację kredytobiorców.

Przeczytaj równieżNiedozwolone klauzule w umowach z deweloperami 

O co chodzi frankowiczom?

Wbrew powszechnej opinii frankowiczom nie chodzi o to, by ktoś za nich spłacił ich kredyty. Niektórym chodzi o podważenie w sądzie tzw. toksycznych umów, które sprawiły, że mimo spłaty niemal całego kapitału, ciągle mają do spłacenia kwotę wielokrotnie wyższą niż suma zaciągniętego kredytu. Jeszcze inni chcą – i tu oczekują pomocy polityków – by umożliwiono im przewalutowanie kredytu na uczciwych zasadach. Dla jednych oznacza to kurs z dnia, w którym zaciągnęli zobowiązanie (taka formułę wykluczają banki) albo na preferencyjnych warunkach. Są też jednak i tacy, którzy – mając w ręku orzeczenie TSUE – oczekują unieważnienia umowy i doprowadzenia do sytuacji, w której formalnie jej nie było. To oznaczałoby, że musieliby oddać bankowi całość pożyczonej kwoty, a bank musiałby oddać wysokość dotychczas spłaconych zobowiązań i przede wszystkim wykreślić się z ksiąg wieczystych i zwolnić hipotekę. 

Autor: Sławomir Bobbe
1komentarzy
Dodaj komentarz

Komentarze (1)

Nie mają mózgów to dostali za swoje. Kredyty we frankach stały się chwilowo atrakcyjne wskutek wahań kursów więc kredyt we frankach należało wziąć i od razu przewalutować czyli zagwarantować sobie spłaty po kursie 2 zł. Przecież dopiero wtedy ten kredyt stawał się atrakcyjny. A oni kredyty wzięli i nie wykonali drugiego kroku, a teraz są zdziwieni, że frank wrócił do normalnej ceny. Co oni myśleli, że Szwajcaria to jakaś Ukraina żeby mieć śmieciową walutę?
Wigry 3, 01.11.2019, 15:14